środa, 7 grudnia 2011

Mrzonki o europejskiej integracji

Niedawno poruszony został temat przyszłości integracji europejskiej i jej maksymalnego stopnia rozwoju na naszym „europejskim” forum. Chciałbym w tym miejscu przedstawić swoje zdanie; dorzucić trzy grosze.


Integracja w Europie na dobrą sprawę ma dosyć długą historię – obrazowo można napisać, że mamy do czynienia z poczciwą staruszką w wieku ok. 60 lat. Od momentu zawiązania współpracy dotyczącej handlu węglem i stalą, Europa zrobiła znaczny postęp na polu zinstytucjonalizowania oraz uściślenia nie tylko tej współpracy, lecz także wzajemnych powiązań w innych kwestiach. Owocem tych starań było powstanie kolejnych organizacji obejmujących ściślejszą kooperacją coraz więcej państw kontynentu. Tworem najdalej idącym jest UE, która w chwili obecnej nie ma swojego wiernego odpowiednika w innym miejscu globu.

Mimo niepodważalnych postępów w procesie integracji, Europa w dalszym ciągu jest „w drodze”. Pytanie, które nasuwa się niejako automatycznie, będąc jednocześnie przedmiotem mojego wpisu, dotyczy określenia maksymalnego stopnia integracji państw członkowskich UE – czy wypracowany do tej pory system będzie jej kresem (z różnych powodów, o których później), czy wręcz przeciwnie i oczekiwania budowy europejskiej federacji, których ziszczeniem będzie powstanie Stanów Zjednoczonych Europy, są w pełni uzasadnione?

Jak pokazują wydarzenia ostatnich lat, a także te najnowsze, związane z kryzysem w strefie euro, Europa jest miejscem ścierania się wielu znacząco odmiennych interesów każdego z państw członkowskich UE. Wystarczy spojrzeć na unijne kredo („zjednoczeni w różnorodności”), by zrozumieć, iż Stary Kontynent nie jest tak homogenicznym środowiskiem jak USA w momencie swojego powstania. Właśnie te, niekiedy kolosalne, różnice narodowych priorytetów, zdają się być skutecznym hamulcem na drodze pogłębiania współpracy. Państwa z aspiracjami mocarstwowymi, czyli Francja i Niemcy (może Wielka Brytania, jeśli zechciałaby uczestniczyć w organizacji o tak zaawansowanej formie integracji), z pewnością forsowałyby politykę zgodną ze swoją linią. Toteż kluczowym wyzwaniem byłoby rozwiązanie kwestii odpowiedzialności za procesy decyzyjne, które odebrane zostałoby z zadowoleniem z jednej strony przez wspomnianych mocarzy Europy, a z drugiej przez państwa z niewielką populacją i co za tym idzie z dużo mniejszą siłą przebicia na szerokim forum. Ukontentowanie każdego to czysta utopia, zaś sprostanie oczekiwaniom przynajmniej większości to zapewne zadanie piekielnie trudne.

Biorąc pod uwagę ewentualne powstanie federacji europejskiej, należałoby zastanowić się czy niosłoby to absolutną konieczność posiadania wspólnych sił zbrojnych oraz zunifikowanej dyplomacji, odpowiedzialnej za kontakty z zagranicą. Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to przykład klęski idei EWO, a także chroniczne trudności w wypracowaniu spójnego stanowiska państw UE wobec spraw międzynarodowych jest dosadnym świadectwem braku potrzebnej woli politycznej i wewnętrznej chęci nie tylko polityków, ale i społeczeństw, które – szczególnie w przypadku młodych demokracji, cieszących się od niedawna pełną suwerennością – w moim odczuciu nie są obecnie skore do bycia Europejczykami w pełnym wymiarze.

Obecna idea „Europy ojczyzn” zdaje się odpowiadać w wystarczającym wymiarze większości polityków państw unijnych, toteż nie sądzę, aby proces naprawdę głębokich przemian w tym zakresie był możliwy w najbliższych latach/dziesięcioleciach. Tym bardziej, iż wiązałoby się to z ograniczeniem wolności aktywnego działania w wymiarze globalnym państw o największym znaczeniu oraz zdolnościach.

środa, 30 listopada 2011

Maszyna pracuje, są postępy

Mister Kvyatkovsky ostatecznie przekabacił promotora, forsując pożądane brzmienie tematu pracy, której oficjalny tytuł będzie brzmieć: ”Relacje UE oraz Chin w XXI wieku – wspólnota interesów czy droga do konfliktu?”. Kwestią do dalszych rozmyślań, a w niedługim okresie również do ustalenia, pozostaje konkretny plan pracy; obecny w odczuciu Mister Kvyatkovsky’ego jest średnio udany, gdyż: a) jest mało precyzyjny i b) nie oddaje „ducha” tematu.

Dalsze aktualizacje niebawem. Jak na razie trwa zbieranie materiałów do bibliografii, które już za kilka miesięcy, być może, przyczynią się do wypromowania nowego licencjata.

Poprzedni wpis

sobota, 26 listopada 2011

Prawo ironii nr 17

"Biednemu zawsze wiatr w oczy” brzmi polskie przysłowie pozostające w każdych warunkach – niezależnie od pogody, czasów i władzy – na czasie. No, ale co zrobić, gdy grosza nie brak, jednak wiatr w dalszym ciągu ani myśli ustać i wciąż wieje? Wtedy Drogi Czytelniku trzeba liczyć na wyrozumiałość ludzi, której zgodnie z tym, co dzielnie i niezłomnie mówi nam doktor habilitowany, możemy się nie doczekać, bo polski naród to zawistny naród! Słowem, naiwnym byłoby oczekiwać owej wyrozumiałości. Aczkolwiek...

Wedle prawa ironii (albo Murphy’ego, jak kto woli) jedynym ziszczalnym scenariuszem w naszym życiu jest ten, który zakłada nasze niepowodzenie, krzywdę i stratę. Życie nam „dosyrwa”, a jedynie wybrykiem natury wydają się momenty, gdy tego nie robi, okazując się całkiem znośne, by nie napisać sympatyczne. Niemniej w tym przypadku nie wiem jak było do końca w tym przypadku – z początku na pewno mało optymistycznie. Posłuchajcie...

Wsiadając do autobusu linii 17, pędzącego przez kawałek miasta wprost do mojego mieszkania, nie miałem jeszcze złych przeczuć. Jednak świadomość braku biletu w kieszeni oraz drobnych w portfelu nie napawała optymizmem, tym bardziej, że mijane po drodze dwa kioski (przy przystankach autobusowych zresztą) okazały się zamknięte na cztery spusty, a jedynym ziszczalnym sposobem nabycia brakującego biletu było nieśmiałe podejście do kierowcy autobusu, który byłby tak miły i sprzedałby mi ten kawałek papierka za 1,15 zł. Takie były założenia, albowiem nigdy nie powstała w moich myślach chęć podróży na gapę. Nie w tym przypadku.

Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej karkołomna od teoretycznych założeń. Primo, autobus okazał się zawalony tłumnie podróżującymi mieszkańcami Rzeszowa. Secundo, przebicie się do kierowcy ze środka pojazdu wcale tak proste nie było, biorąc pod uwagę tłum i posługiwanie się jednie jedną ręką jako stabilizatorem. Tertio, zgodnie z prawem ironii biletu nie mogłem kupić, bo za kierownicą zasiadł „świeży” pan kierownik, który nie miał wydać z banknotu. Kontynuacją samospełniającej się przepowiedni było wejście na drugim przystanku kontrolerów, którzy zaatakowali z dwu stron.

Rozczarowany takim splotem wydarzeń nawiązałem konwersację z siedzącą nieopodal dzierlatką, która według swojej deklaracji „odstąpiłaby swój bilet, gdyby tylko wysiadała na tym przystanku”. Niestety, prawo ironii jest twarde i bezwzględne. Po drodze do katastrofy nie ma żadnych enklaw spokoju czy optymizmu, a jedynie lawinowy efekt domina.

Jedynym wyjściem z sytuacji było: a) kłamstwo i b) zgrywanie idioty, co przejawiło się w tym, iż najsampierw oznajmiłem, jakobym dopiero teraz wsiadł do żółto-czerwonego pojazdu, a zaraz potem podszedłem ponownie do kierowcy pytając o bilet, wyciągając tym razem banknot o podwójnej wartości. (Pan kierowca niestety nie poczuł ducha powstałego ad hoc scenariusza i miast zgrywać również idiotę, odrzekł że już wcześniej nie miał z czego wydać, więc dlaczego ponownie zawracam mu głowę?!). Korzystając z obecności jednego z kontrolerów, oburzony wykrzyknąłem czym prędzej: „Dlaczegóż uniemożliwia się przykładnemu obywatelowi spełnienie jego obowiązku, który wiąże się z nabyciem biletu?! Toż to skandal i nieodpowiedzialność!”, po czym wspomniany kontroler wpadł na pomysł rozmienienia pieniędzy wśród pasażerów.

Zadanie okazało się wcale nie proste, jednak składające się z dwu etapów rozmienianie na drobne ostatecznie powiodło się, umożliwiając zakup biletu bez znaczących start własnych. Trzydzieści sekund później wysiadłem na swoim przystanku...

piątek, 18 listopada 2011

Radość tworzenia niczym u Wertera

Mister Kvyatkovsky stanął na bodaj drugim etapie długiego procesu tworzenia czegoś, co ma mu dać pierwszy w jego studenckiej karierze tytuł zawodowy (licencjat – przyp. autor). Rzecz dotyczy „ładnego” sformułowania tematu pracy, jaką ma się zamiar napisać. Po wybraniu ogólnego zagadnienia, którym chciałby się zająć, uszczegółowienie jego chęci poprzez temat okazuje się przedsięwzięciem trudnym. Pierwsza oficjalna próba spotkała się z chłodnym przyjęciem, wymagającym dookreślenia.

Obecnie myśli Mister Kvyatkovsky’ego są tak ogólne, jak Chiny, o których chce on pisać. Trzeba przecież wiedzieć, że pod tą nazwą ukrywa się tona zagadnień, które można by opisać. A wszystko to, z racji studiowania dotychczasowego kierunku, najlepiej gdyby było powiązane z Europą rozumianą jako UE. No i Mister myśli, wychodząc od tego, co do tej pory spotkało się z akceptacją: „Polityka UE wobec ChRL...”.

Ostateczne rozwiązanie, a zarazem aktualizacja, szarpiącej wnętrznościami Mister Kvyatkovsky’ego, sprawy niebawem – w poniedziałek. Pewne jest to, że będzie pisał on o Chinach. Kwestią do wyjaśnienia pozostaje wszystko inne ;-)

niedziela, 9 października 2011

Wyborowa czy gorzka?

Mój Wierny Czytelnik powiadomił mnie dziś, że „oho, coś jest nie tak”, więc pragnę odkurzyć nieco blog wpisem na czasie, a i zrodzonym tuż po 21 wraz z pierwszymi wynikami wyborów, w których nie dwucyfrowy wynik, co jest dla mnie porażającym zaskoczeniem, osiągnęła partia Janusza Palikota.

Co najmniej 1/3 pokoju 211 w „Olimpie” skacze pod sam sufit z racji miejsca na sejmowym podium Palikota, a w dużej mierze zapewne z tego samego powodu jego partia osiągnęła taki wynik. Niestety, profilu demograficznego głosujących „za” Ruchem Poparcia Palikota nie mam przed oczyma, ale mogę przypuszczać, że przeważają ludzie w moim wieku ;)

Niemniej pozostaje niemałe zdziwko, gdy oglądam wstępne wyniki, które oznaczają klęskę dla SLD, któremu jeszcze długo przed wyborami wróżono skok wzwyż. O dziwo, PSL: jest wciąż mocne (jak na absolutnego średniaka, którego rola ogranicza się wyłącznie do bycia koniecznym koalicjantem), Najbardziej zadziwiające jest jednak 10 proc. dla Palikota i zapewne koalicja PO-RPP-PSL... śmieszna ta nasza scena polityczna Moi Drodzy.

czwartek, 30 czerwca 2011

Pudełko, które mam głęboko w rzyci

Dobrze było jak było, a ja to wszystko musiałem w końcu spieprzyć. Niestety, rok akademicki się skończył, a mnie wywiało do domu w glwicowie i masz ci... telewizor. To z piekła rodem pudełko, psia go mać, samo w sobie mnie nie drażni, ba, lubię jego old schoolowy wygląd, bo to jeszcze ten TV z „dupką”.

Koszmar zaczyna powracać dopiero po włączeniu pudła. Im dłużej jestem narażony na działanie obrazu w połączeniu z dźwiękiem, jaki wydobywają się z pudła, tym bardziej chodzę podirytowany, mając ochotę coś przestawić siłą własnych mięśni – nogi prawej bądź nawet mniej zaawansowanej technicznie lewej.

Reklamy są coraz głupsze, bardziej banalne i dłuższe. W dodatku, ich natężenie w dziennej ramówce każdej stacji telewizyjnej rośnie odwrotnie proporcjonalnie do poziomu, jaki dana reklama sobą przedstawia. [Jest gula.] Im jestem starszy i mam mniej kontaktu z pudełkiem – a tak jest od dwu lat – tym bardziej głupie, powierzchowne i mijające się z celem stają się dla mnie programy publicystyczne oraz wszelkie zgłębianie polskiej sceny polityczno-komediowej. [Gula rośnie.]

Wychodzi na to, że pudło gra tylko wtedy, gdy na którymkolwiek programie puszczają jakiś akceptowalny przeze mnie rodzaj sportu. Wrzucam wówczas odpowiedni kanał i raduje się w błogości, np. zieleni trawy.

Lepsze życie bez pudła...

Dziki, który jeździł koleją

Kupiłem siostrze, nie tak dawno znowu, książkę w ramach prezentu urodzinowego. Akurat to mi wpadło - nierozsądnie całkiem - do głowy, gdy chodziłem to tu, to tam i szukałem czegoś, co się na tę okazję nada.

Wybrałem lekką, ciekawą i zabawną książkę Wojciech Cejrowskiego "Gringo wśród dzikich plemion". Ma ona jednak to do siebie - jak zresztą każda inna książka - że siostra pojechała, zostawiwszy Gringo... wciśnięte między inne lektury na półce w mieszkaniu. Dzięki temu była okazja, by zapewnić sobie rozrywkę w podróży koleją tam i z powrotem kilka miesięcy później.

Ze strony na stronę czyta się coraz lepiej... Świetna pozycja :)

sobota, 28 maja 2011

Za Skorpiony

Czy wiecie, że w końcu złapano jednego z największych zbrodniarzy Europy końca XX wieku? Ratko Mladic został zatrzymany pod Belgradem i teraz czeka go wyrok przed Trybunałem w Hadze za rozkazy oblężenia Sarajewa [cztery lata i ok. 10 tys. ludzi] oraz ludobójstwo w Srebrenicy [kolejnych 8 tys. ludzi].

Z faktu ucieszył się m.in. przewodniczący Parlamentu Europejskiego – skądinąd siwy gliwiczanin. A droga Serbii do UE stała się jakoby krótsza.

niedziela, 15 maja 2011

Byłem w podziemiach

Byłem żech wczorajszym późnym wieczorem „ukulturawiać” tych, którzy tego potrzebowali, a że pora na to przepiękna – Noc Muzeów – to nie było problemu, żeby zobaczyć za darmo, to co wydawało się ciekawe i warte stania w tłumnych kolejkach.


Po zapoznaniu się ze swoimi własnymi chęciami, którym trzeba było pomóc, żeby na koniec dnia ruszyć swoje trzy rzyci w miasto, zdecydowaliśmy, że na pierwszy ogień pójdzie Podziemna Trasa Turystyczna, która znajduje się pod rzeszowskim rynkiem. W teorii podziemna wędrówka zapowiadała się świetnie, ale w rzeczywistości okazała się pełnym niewypałem. Zero atrakcji, jedynie ponad 300 m ceglanego tunelu, w którym co kilkadziesiąt metrów niewielkie zbiory eksponatów... Słabo. Dobrze, że nie trzeba było płacić za bilet, bo w takiej postaci PTT byłaby niewarta jego ceny. Może przewodnik robi tę różnię, która przemawia za tym, iż PTT jest jednak fajna i warto ją zobaczyć.

Po wyjściu z PTT odwiedziliśmy Muzeum Historii Rzeszowa [albo jakoś tak], znajdujące się dosłownie dwa kroki obok. Ludzi ponownie chmara, ale wystawa ciekawsza, pomimo że zgromadzona w dość małym lokalu. Ekspozycji jako takiej również wiele nie było, to jednak była ona znacznie ciekawsza niż ta z PTT. Swoją drogą, przypuszczamy, że na czas Nocy Muzeów usunięto część eksponatów z Trasy... W sumie to my mamy wiele przypuszczeń na wiele różnych tematy, więc jeśli chcesz wiedzieć czy in vitro jest dobre, czy Hitler mieszkał po wojnie w Argentynie albo czy bułka z serkiem topionym i kakao to dobry plan na śniadanie, zapytaj!

Po odwiedzeniu poszliśmy na piwo i tak właściwie, o niebiosa, było to najlepsze doświadczenie wczorajszej Nocy Muzeów. Smutna konkluzja, ech.

środa, 11 maja 2011

Gdzie spotykają się dwaj Bogowie i ciepła krew

Przejmujące są obrazy zakrojonej na wielką skalę nienawiści w byłej Jugosławii, które od kilku dni staram się pochłaniać. Nie wiem skąd wzięła się u mnie ta chęć, ale trzeba z nią jakoś żyć i oglądać coraz to nowe – w sensie inne, nieznane filmy, traktujące mniej czy bardziej o tej materii.

Na pierwszy ogień, choć w tym kontekście to słowo nie brzmi dobrze, poszła Ziemia Niczyja [No Man’s Land]. Przedstawiona w nim historia jest dostępna chociażby na Film Web, więc nie za bardzo powodu, by się o niej rozpisywać. Ten film wywarł na mnie już duże wrażenie, mimo prostoty zawartej w nim historii – akcja opiera się na scenie dwu facetów w okopie i doraźnym przedstawianiu wydarzeń z perspektywy oddziału ONZ.

Drugi film – Wojownicy [Warriors] jest już historią znacznie bardziej rozległą. Przedstawia wydarzenia oczami członków brytyjskiego kontyngentu sił ONZ w czasie wojny w Bośni, gdzie z racji ograniczoności mandatu danego przez tę organizację niewiele może on zrobić, natomiast obrazy masakr cywilów, które przychodzi oglądać błękitnym hełmom, są wręcz porażające. Im dalej w las, tj. głębiej w konflikt, tym gorzej, podlej i bezwzględniej człowiek jest traktowany. Ten film powoduje przypływ naprawdę mocnych emocji, nie można przejść obok niego tak po prostu. Zmusza do myślenia o bezradności stojącej pośrodku konfliktu w pozycji neutralnej ONZ oraz okrucieństwie Serbów i Bośniaków. Warriors jest bodaj jedynym obrazem jakiemu dałem maksymalną ocenę na Film Web...