Moje pokolenie tego, co wydarzyło się 13 grudnia 1981 roku, siłą rzeczy pamiętać nie ma prawa. Już wyjaśniam: 1990-1981=9. Właśnie tyle lat wynosi okres między początkiem stanu wojennego, a moim początkiem. Pewnie, dlatego pamięć o tym zdarzeniu jest mała. Mało tego, przyrównując stan wojenny do wydarzeń z 11 września, można wysnuć tezę, że nie jest mała, lecz znikoma.
13 grudnia znam z opowiadań rodziców i osób wiekiem zaawansowanych [powierzchownie, bo prawdę powiedziawszy, tudzież napisawszy nigdy to, co przyniosło ze sobą wystąpienie generała Jaruzelskiego tematem moich fascynacji nie było] ;-) Nie mniej jednak, jako osoba światła i genialna [bo takie mam nieprzesadzone mniemanie o sobie] jestem świadom tego, iż epizod ten jest ważnym w historii naszego jakże pięknego i chorego kraju. Na tyle, ażeby kojarzyć podstawowe fakty i osoby – coś podobnego do bitwy pod Grunwaldem. Wiem także, co wtedy czuli ludzie [choć to może za duże słowo ;-)], a konkretniej moja rodzicielka:
Strach – towarzyszył na każdym kroku, każdemu zwykłemu obywatelowi, tak mówią do mnie źródła.
Obawa – o najbliższych, którzy to mogli nie wrócić z pracy lub po prostu mogli zostać aresztowani przez SB.
Ciekawość – najpierw brak „Teleranka”, zamiast tego muzyka poważna i wystąpienia Generała, uwieńczone przejazdami kolumn wojska przez główne ulice miasta.
Radość – chora, lecz prawdziwa. W 1981 roku licealiści mieli najdłuższą przerwę świąteczną o jakiej słyszałem. Ich – naszych rodziców – to cieszyło.
piątek, 14 grudnia 2007
sobota, 8 grudnia 2007
Kontaktowa książka
Kontynuując wątek „Szkła kontaktowego” i nie popadając przy tym w żadną przesadną manię uwielbienia, chciałbym zachęcić wszystkich do zapoznania się z książką pt. „Kontaktowi, czyli szklarze bez kitu”. Autorami owej książki są panowie prowadzący ww. program - Miecugow i Sianecki. Całość uzupełniają krótkie notki „gościnnie” [swoja drogą jak można nazywać kogoś gościem programu, w którym występuje średnio co tydzień drugi rok z rzędu?] pojawiających się w „Szkle” panów Andrusa, Daukszewicza, Jachimka, Przybylika i Zimińskiego – w tym miejscu sprytny czytelnik skojarzy fakt, że Kwiat jednak zna kolejność liter w alfabecie ;-)
Z zakupem książki ociągałem się niemiłosiernie. Co więcej, nie znałem jej tytułu aż do momentu wspomnianego w poprzednim wpisie spotkania autorskiego z Grzegorzem Miecugowem. Dopiero po tym kontakcie owładnęła mnie prawdziwa chęć zapoznania się z jej treścią… następnego dnia poszedłem zakupić te literackie wypociny, na które dostałem 20 proc. zniżki, czyli magiczne sześć złotych [nie mniej konkluzja nasuwa się jedna – opłacalnym jest członkostwo w klubie „Świata Książki”].
Co ciekawe, w praniu wyszło tak, iż z lekturą w głównej mierze zapoznawać mi się przyszło w środkach komunikacji miejskiej w trakcie jazdy do lub ze szkoły. Formuła ta była dobra z dwóch powodów. Pierwszym był fakt, że jadąc ponad 40 minut do celu człowiek naprawdę się nudzi i jakiekolwiek urozmaicenie podróży jest na wagę złota. Drugim zaś była piśmiennicza lekkość, humor i mini-Picasso-pikczersy1 2 autorstwa pana M, co sprawiało, że za nic nie chciałem przegapić autobusu punkt 7:12 – to właśnie ten jedzie te prawie trzy kwadranse [więc spokojnie można oddać się zgłębianiu kolejnych kartek] i zapewnia PUNKTUALNE dostarczenie pod niemal same drzwi szkoły. Same pozytywy – człowiek się rozwija, a i do szkoły dojedzie wreszcie na czas.
Pozycja godna uwagi i zainteresowania chyba każdego, nawet nie-fana „Szkła kontaktowego”. A to ze względu na to, że prócz czysto programowych [szklanych znaczy] opisów, roi się w treści także od autobiograficznych wątków obu autorów. To już samo w sobie jest warte zapoznania się książką.
Z zakupem książki ociągałem się niemiłosiernie. Co więcej, nie znałem jej tytułu aż do momentu wspomnianego w poprzednim wpisie spotkania autorskiego z Grzegorzem Miecugowem. Dopiero po tym kontakcie owładnęła mnie prawdziwa chęć zapoznania się z jej treścią… następnego dnia poszedłem zakupić te literackie wypociny, na które dostałem 20 proc. zniżki, czyli magiczne sześć złotych [nie mniej konkluzja nasuwa się jedna – opłacalnym jest członkostwo w klubie „Świata Książki”].
Co ciekawe, w praniu wyszło tak, iż z lekturą w głównej mierze zapoznawać mi się przyszło w środkach komunikacji miejskiej w trakcie jazdy do lub ze szkoły. Formuła ta była dobra z dwóch powodów. Pierwszym był fakt, że jadąc ponad 40 minut do celu człowiek naprawdę się nudzi i jakiekolwiek urozmaicenie podróży jest na wagę złota. Drugim zaś była piśmiennicza lekkość, humor i mini-Picasso-pikczersy1 2 autorstwa pana M, co sprawiało, że za nic nie chciałem przegapić autobusu punkt 7:12 – to właśnie ten jedzie te prawie trzy kwadranse [więc spokojnie można oddać się zgłębianiu kolejnych kartek] i zapewnia PUNKTUALNE dostarczenie pod niemal same drzwi szkoły. Same pozytywy – człowiek się rozwija, a i do szkoły dojedzie wreszcie na czas.
Pozycja godna uwagi i zainteresowania chyba każdego, nawet nie-fana „Szkła kontaktowego”. A to ze względu na to, że prócz czysto programowych [szklanych znaczy] opisów, roi się w treści także od autobiograficznych wątków obu autorów. To już samo w sobie jest warte zapoznania się książką.
1 Mini – zminimalizowane; Picasso – malarz abstrakcjonista, dość znany; pikczersy – od angielskiego „picture” – obraz, rysunek.
2 Nuda potrafi dać początek nowym, niebanalnym określeniom, prawda?!
2 Nuda potrafi dać początek nowym, niebanalnym określeniom, prawda?!
Miecugowa przepytywanie
Ostatnio [bodaj 28 listopada, nie mam pamięci do takich rzeczy] w gliwickim oddziale „Świata Książki” na spotkanie autorskie został zaproszony Grzegorz Miecugow. Wydarzenie samo w sobie ciekawe, a dla mnie tym bardziej, iż lubię bardzo „Szkło kontaktowe” oglądać – może nie maniakalnie, ale od czasu do czasu jak najbardziej. O samym wydarzeniu dowiedziałem się niedługo przed jego rozpoczęciem, od kolegi, który to dowiedział się od swojego kolegi, czy tam innej koleżanki.
Dokończywszy w pośpiechu obiecany raport z meczu, popędziłem na przystanek – ów kolega pośpieszał mnie jak jasna cholera, a na Miecugowa czekaliśmy prawie godzinę [jako ludzie uprzywilejowani miejsca w pierwszym rzędzie mieliśmy w pakiecie; historia to długa i zawiła, której ja nie pojmuje, a nikt inny wytłumaczyć jej nie może]. Kolega miał jednak nosa, bo im bliżej spotkania wyznaczonego na 18, tym - w sumie średniej wielkości pomieszczeniu – ilość wolnych metrów kwadratowych malała proporcjonalnie do upływu czasu. Przeciśnięcie się od wejścia do pierwszego rządu byłoby niemożliwe.
Kiedy gwiazdor wieczoru wyszedł zza magicznych drzwi, publika [dla mnie, o dziwo, w większości bardzo dojrzała – i bynajmniej nie mam tutaj na myśli dojrzałości emocjonalnej ;-)] zareagowała licznymi i głośnymi oklaskami. W tym miejscu Miecugow trochę pokpił sprawę, bo po zajęciu miejsca w wyglądającym na wygodny fotelu, bardziej interesowała go niegdyś skradziona i po komicznych przygodach odzyskana komórka, aniżeli zgromadzona widownia. Dalej jednak było już tylko lepiej, sympatyczniej, ciekawiej.
Całe spotkanie można by podzielić na trzy etapy: pytania od prowadzącego rozmowę, pytania widowni, podpisywanie książek przez Miecugowa. Pomijając mało ciekawą dla mnie ostatnia część [wszak nie posiadałem jeszcze na własność książki, a prześlizgnięcie się po prąd do wyjścia łatwym nie było], resztę wieczoru można jak najbardziej zaliczyć na plus. Warto było się pofatygować na spotkanie, gdyż Miecugow jest naprawdę inteligentną osobą i myśli przed udzieleniem odpowiedzi, która jest sensowna i – mimo często błahych pytań –maksymalnie wyczerpująca. Ponadto Miecugow wydaje się być człowiekiem szalenie skłonnym do refleksji i głębokich przemyśleń. Zupełnie inaczej, aniżeli ci pokazywani na okrągło w jego stacji TVN24 – to taki miły kontrast.
Dokończywszy w pośpiechu obiecany raport z meczu, popędziłem na przystanek – ów kolega pośpieszał mnie jak jasna cholera, a na Miecugowa czekaliśmy prawie godzinę [jako ludzie uprzywilejowani miejsca w pierwszym rzędzie mieliśmy w pakiecie; historia to długa i zawiła, której ja nie pojmuje, a nikt inny wytłumaczyć jej nie może]. Kolega miał jednak nosa, bo im bliżej spotkania wyznaczonego na 18, tym - w sumie średniej wielkości pomieszczeniu – ilość wolnych metrów kwadratowych malała proporcjonalnie do upływu czasu. Przeciśnięcie się od wejścia do pierwszego rządu byłoby niemożliwe.
Kiedy gwiazdor wieczoru wyszedł zza magicznych drzwi, publika [dla mnie, o dziwo, w większości bardzo dojrzała – i bynajmniej nie mam tutaj na myśli dojrzałości emocjonalnej ;-)] zareagowała licznymi i głośnymi oklaskami. W tym miejscu Miecugow trochę pokpił sprawę, bo po zajęciu miejsca w wyglądającym na wygodny fotelu, bardziej interesowała go niegdyś skradziona i po komicznych przygodach odzyskana komórka, aniżeli zgromadzona widownia. Dalej jednak było już tylko lepiej, sympatyczniej, ciekawiej.
Całe spotkanie można by podzielić na trzy etapy: pytania od prowadzącego rozmowę, pytania widowni, podpisywanie książek przez Miecugowa. Pomijając mało ciekawą dla mnie ostatnia część [wszak nie posiadałem jeszcze na własność książki, a prześlizgnięcie się po prąd do wyjścia łatwym nie było], resztę wieczoru można jak najbardziej zaliczyć na plus. Warto było się pofatygować na spotkanie, gdyż Miecugow jest naprawdę inteligentną osobą i myśli przed udzieleniem odpowiedzi, która jest sensowna i – mimo często błahych pytań –maksymalnie wyczerpująca. Ponadto Miecugow wydaje się być człowiekiem szalenie skłonnym do refleksji i głębokich przemyśleń. Zupełnie inaczej, aniżeli ci pokazywani na okrągło w jego stacji TVN24 – to taki miły kontrast.
środa, 5 grudnia 2007
Wierzyć albo nie wierzyć
Dzieci kochane, to już jutro – mikołajki! Jeden z takich dni, na które wszyscy czekamy z utęsknieniem – oczywiście nie, dlatego, że sami chcielibyśmy dostać jakikolwiek upominek, lecz aby móc kogoś takowym obdarować. Ma się rozumieć ;-)
Warto też zadać sobie powtórnie pytanie: św. Mikołaj istnieje czy to zwykła bujda? Nie mam tutaj na myśli pana, który urodzonym został w Mirze i rzeczywiście był postacią historyczną [tutaj dokładny opis]. Rzecz się rozchodzi o tego bardziej „baśniowego” bohatera, aczkolwiek nie wiem czy to dobre sformułowanie. Zastanówmy się, czy tylko dzieci poniżej ósmego roku życia głęboko wierzą w jego istnienia i pracę, czy poza mną znajdzie się jeszcze ktoś, komu bliżej do matury, aniżeli dalej, a też wierzy – na swój skrzywiony sposób, ale jednak?
Warto też zadać sobie powtórnie pytanie: św. Mikołaj istnieje czy to zwykła bujda? Nie mam tutaj na myśli pana, który urodzonym został w Mirze i rzeczywiście był postacią historyczną [tutaj dokładny opis]. Rzecz się rozchodzi o tego bardziej „baśniowego” bohatera, aczkolwiek nie wiem czy to dobre sformułowanie. Zastanówmy się, czy tylko dzieci poniżej ósmego roku życia głęboko wierzą w jego istnienia i pracę, czy poza mną znajdzie się jeszcze ktoś, komu bliżej do matury, aniżeli dalej, a też wierzy – na swój skrzywiony sposób, ale jednak?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
