Rok 2008 – tak wiem, kończy się i to nawet chyba dzisiaj. I wiem, Rże rokrocznie panuje wszędzie tendencja do podsumowań tudzież przemyśleń odnośnie tego, co było dobre, co złe, a czego nie było w ogóle [w szczególe też pewnie] w tych mijających dwunastu miesiącach. Nie będę wyłamywał się z tego trendu, szczególnie że klamrą kompozycyjną w tym przypadku okazuje się siostra…
W styczniu to ja wybrałem się na tanie latanie do Londynu, a teraz, na zakończenie roku, siostra wybrała się do mnie. A, że tanie latanie skończyło się jakiś czas temu, to jej wędrówka była bardziej przyziemna – w tym miejscu pozostawiam pole do popisu dla wyobraźni Czytelnika. Cóż, z pewnością lepsze wspomnienia będą ze styczniowych podwojów obcego lądu, aniżeli teraźniejszego remontowego harmidru; już tak jest – gdzie Kwiat jedzie, tam z miejsca robi się jakoś raźniej, przyjemniej - domowo. Niektórzy, jak siostra, tychże właściwości są pozbawieni, a więc i ich wizyty nie niosą ze sobą tej czarodziejskiej otoczki ;-)
Tak poważniej, 2008 rok z pewnością jest ostatnim takim w moim życiu, w następnym zacznie się nowe wyzwanie zwane samodzielnością w życiu. Mam nadzieję, że się zacznie. Poza tym będzie to rok odpowiedzi na kilka istotnych pytań i zwierciadło tego ile warte były moje wysiłki [lub ich brak] w kreowaniu własnej drogi. Mijający etap w życiu był udany, bo za taki trzeba uznać Polskę na Euro 2008, kilka medali Polaków w Pekinie, zwycięstwo Detroit Red Wings w finałach Pucharu Stanleya czy rozpoczęcie obcowania z dziennikarstwem nieco mniej domowym, lecz nadal amatorskim.
W nowy rok z głową do góry i oby nie opadła do kolejnego 31 grudnia.
Kwiat, niechętnie to przyznaję, ale... dobry jesteś! ;)
OdpowiedzUsuń