Rok 2008 – tak wiem, kończy się i to nawet chyba dzisiaj. I wiem, Rże rokrocznie panuje wszędzie tendencja do podsumowań tudzież przemyśleń odnośnie tego, co było dobre, co złe, a czego nie było w ogóle [w szczególe też pewnie] w tych mijających dwunastu miesiącach. Nie będę wyłamywał się z tego trendu, szczególnie że klamrą kompozycyjną w tym przypadku okazuje się siostra…
W styczniu to ja wybrałem się na tanie latanie do Londynu, a teraz, na zakończenie roku, siostra wybrała się do mnie. A, że tanie latanie skończyło się jakiś czas temu, to jej wędrówka była bardziej przyziemna – w tym miejscu pozostawiam pole do popisu dla wyobraźni Czytelnika. Cóż, z pewnością lepsze wspomnienia będą ze styczniowych podwojów obcego lądu, aniżeli teraźniejszego remontowego harmidru; już tak jest – gdzie Kwiat jedzie, tam z miejsca robi się jakoś raźniej, przyjemniej - domowo. Niektórzy, jak siostra, tychże właściwości są pozbawieni, a więc i ich wizyty nie niosą ze sobą tej czarodziejskiej otoczki ;-)
Tak poważniej, 2008 rok z pewnością jest ostatnim takim w moim życiu, w następnym zacznie się nowe wyzwanie zwane samodzielnością w życiu. Mam nadzieję, że się zacznie. Poza tym będzie to rok odpowiedzi na kilka istotnych pytań i zwierciadło tego ile warte były moje wysiłki [lub ich brak] w kreowaniu własnej drogi. Mijający etap w życiu był udany, bo za taki trzeba uznać Polskę na Euro 2008, kilka medali Polaków w Pekinie, zwycięstwo Detroit Red Wings w finałach Pucharu Stanleya czy rozpoczęcie obcowania z dziennikarstwem nieco mniej domowym, lecz nadal amatorskim.
W nowy rok z głową do góry i oby nie opadła do kolejnego 31 grudnia.
środa, 31 grudnia 2008
piątek, 26 grudnia 2008
Święta są dobre
Dla sprzedających i u sprzedających na pewno. Końcówka grudnia to zawsze gorący okres w centrach handlowych i telewizjach. Gorzej ma się sprawa w domu, otoczeniu i umyśle - takim kwiatowym dajmy na to.
Święta swój czar miały w wieku przedszkolnej młodości autora. No, może ciut później nadal były czymś wyjątkowym i na co czekało się z upragnieniem – jak teraz na finał mistrzostw świata w piłce kopanej czy inny finał – równie wielki, wiadomo. Teraz żadnej magii nie ma, nawet z cudownie padającym śniegiem w samą Wigilię. O wymiarze duchowym świąt nie będzie ni słowa, bo śmiech autora ogarnia na sama myśl… niestety czy stety –nie wiadomo co gorsze: zaprzedanie duszy sprzedawcom czy skupienie całej uwagi na rodzinie, tylko i wyłącznie. Nie, oczywiście, że z radością wita się przybycie brakujących jej elementów w liczbie dwóch, ale sprawa w dalszych swych kolejach ulega komplikacji, bo za taką trzeba uznać połączenie napaści rodziny na mieszkanie, w którym żywot wiodą dwie osoby jest swego rodzaju szokiem i czymś zakłócającym naturalny tryb funkcjonowania. Remont świąteczny to katastrofa, już sam jego pomysł… Boże. Zawierucha połączona z kurzem, brudem i hałasem. Mniam!
W międzyczasie we wszystkich rozgłośniach radiowych wybrzmiewają kolędy albo, co gorsza, pseudokolędowe utwory specjalnie skomponowane na święta: „[…] bo kto wie czy za rogiem nie stoją anioł z Bogiem?”. Irytacja wzrasta, a autor przeistoczyłby się najchętniej w troglodytę i rzucił radiem – wtedy z pewnością już na wieki zamilkłyby owe pieśni w swej urodzie mocno ograniczone. W TV z kolei mnóstwo filmów o wiadomej tematyce z nieśmiertelnym „Kevinem samym w domu” i wtedy rodzi się pytanie: czymże sobie na to zasłużyłem? Upatrując deski ostatniego ratunku w internecie autor wchodzi do sieci, ale i tam same stroiki i padający z paska adresu śnieg…
Czy są jakieś pozytywne strony zapytacie? Są! Wygląd miasta robi zawsze lepsze wrażenie nocną porą, gdy wokół świecą przeróżne dekoracje, choinki i reszta tych świątecznych atrybutów. To z pewnością budzi dobre odczucia i nakazuje wręcz zrobić kilka ujęć tak ozdobionym ulicom, Jednakże nie przesłania to całokształtu, w którym: święta sucks!
PS. Żeby było ciekawiej, po dysku, w tym jakże cudownym okresie, także i monitor postanowił mieć autora gdzieś i zrobił się żółty... tak więc, zdrowych oraz spokojnych świąt, psia mać.
Święta swój czar miały w wieku przedszkolnej młodości autora. No, może ciut później nadal były czymś wyjątkowym i na co czekało się z upragnieniem – jak teraz na finał mistrzostw świata w piłce kopanej czy inny finał – równie wielki, wiadomo. Teraz żadnej magii nie ma, nawet z cudownie padającym śniegiem w samą Wigilię. O wymiarze duchowym świąt nie będzie ni słowa, bo śmiech autora ogarnia na sama myśl… niestety czy stety –nie wiadomo co gorsze: zaprzedanie duszy sprzedawcom czy skupienie całej uwagi na rodzinie, tylko i wyłącznie. Nie, oczywiście, że z radością wita się przybycie brakujących jej elementów w liczbie dwóch, ale sprawa w dalszych swych kolejach ulega komplikacji, bo za taką trzeba uznać połączenie napaści rodziny na mieszkanie, w którym żywot wiodą dwie osoby jest swego rodzaju szokiem i czymś zakłócającym naturalny tryb funkcjonowania. Remont świąteczny to katastrofa, już sam jego pomysł… Boże. Zawierucha połączona z kurzem, brudem i hałasem. Mniam!
W międzyczasie we wszystkich rozgłośniach radiowych wybrzmiewają kolędy albo, co gorsza, pseudokolędowe utwory specjalnie skomponowane na święta: „[…] bo kto wie czy za rogiem nie stoją anioł z Bogiem?”. Irytacja wzrasta, a autor przeistoczyłby się najchętniej w troglodytę i rzucił radiem – wtedy z pewnością już na wieki zamilkłyby owe pieśni w swej urodzie mocno ograniczone. W TV z kolei mnóstwo filmów o wiadomej tematyce z nieśmiertelnym „Kevinem samym w domu” i wtedy rodzi się pytanie: czymże sobie na to zasłużyłem? Upatrując deski ostatniego ratunku w internecie autor wchodzi do sieci, ale i tam same stroiki i padający z paska adresu śnieg…
Czy są jakieś pozytywne strony zapytacie? Są! Wygląd miasta robi zawsze lepsze wrażenie nocną porą, gdy wokół świecą przeróżne dekoracje, choinki i reszta tych świątecznych atrybutów. To z pewnością budzi dobre odczucia i nakazuje wręcz zrobić kilka ujęć tak ozdobionym ulicom, Jednakże nie przesłania to całokształtu, w którym: święta sucks!
PS. Żeby było ciekawiej, po dysku, w tym jakże cudownym okresie, także i monitor postanowił mieć autora gdzieś i zrobił się żółty... tak więc, zdrowych oraz spokojnych świąt, psia mać.
piątek, 12 grudnia 2008
Bogate drzewko
Choinka – rzecz obowiązkowa wówczas, gdy za oknem śnieg… Wróć! Śnieg to słaby punkt odniesienia w tych czasach. Trzeba wyczuć odpowiedni moment, a większość wyczuwa ów w grudniu, więc trzeba iść z duchem konformizmu i właśnie w ostatnim miesiącu roku zainwestować w swoją choinkę.Gliwice, miasto rozwijające się, także zadbało o swój symbol świąt. W tym roku jest on duży, kolorowy, kształtny, choć przesadnie symetryczny, no i kosztował… prawie 200 tysięcy PLN – w myśl zasady, że prezent [dla gliwiczan oczywiście] powinien być duży, drogi i niepraktyczny.
Ale pamiętajcie – nie każda choinka musi kosztować 200 tys. złotych ;-)
Rynsztokowa ballada o chłopie
Polacy mieli tego pecha, że na swój dom wybrali miejsce, gdzie przecinają się interesy całej Europy. Z tego przecież powodu, na przestrzeni ponad tysiąca lat swej historii, państwo z białym orłem w godle musiało wielokrotnie walczyć o swoje istnienie. Jednak za każdym razem, prędzej czy później, niestrudzonemu narodowi walkę udawało się wygrać.
Przykład ostatniej batalii o Polskę wolną i niezależną – przynajmniej w jakimś stopniu – mieliśmy już dobrych parę lat temu. Ona też zakończyła się sukcesem, pełnym, bo bezkrwawym. Wiktoria ojców i matek zapewne miała wiele, ale nie zagłębiając się w całą historię, bo nie czas na to i miejsce, ale opierając się na tym co zna przeciętny Polak, co może znać przeciętny obywatel zjednoczonej Europy [nie nazbyt wielki jest mój optymizm w tej kwestii?], trzeba podkreślić nazwisko jednego stoczniowca, tego kluczowego – Wałęsy. Któż go nie zna? W kraju takiej osoby nie ma, być nie może! Wszak na świecie to, prócz Karola Wojtyły najbardziej znana postać z naszego kraju.
Dlatego uderza mnie fakt, że dzisiaj ciężko docenić to, o czym przecież każdy marzył i czego za wszelką cenę pragnął. Zatem z jakiego powodu, gdy Wałęsa zapoczątkował nowe czasy w zdemolowanej przez komunizm Polsce, nie okazuje mu się należytego szacunku? Dlaczego z wielkiej legendy robimy niskich lotów balladę o chłopie ze stoczni? Nie odniosę się do prezydentury Wałęsy, bo jej pamiętać nie mogę, a nie jest o niej tak głośno jak o walce z komuną na Pomorzu. Poza tym nie idzie w tej notce o ocenę całokształtu działalności politycznej Lecha Wałęsy, ale o dokonanie bezprecedensowego i wiekopomnego czynu.
Dlaczego Polacy potrafią każdego zrzucić na ziemię, podeptać i opluć ze dwa razy na dokładkę?... Nie wiem co o tym sądzić. Może wystarczy zdać sobie sprawę z nieuchronności niektórych przypadków albo dalej stanowczo tkwić w niepotrzebnym na pierwszy rzut oka zakłamaniu tudzież życzliwym trybie niedomówienia? Chyba przy niemal każdej nadarzającej się okazji, szala przechyla się ku pierwszemu wariantowi – my po prostu tacy jesteśmy i nie ma co doszukiwać się przebłysków. Czasami łatwiej nam o uznanie na obcym podwórku, niż na własnym… ale żeby w takiej kwestii?!
Przykład ostatniej batalii o Polskę wolną i niezależną – przynajmniej w jakimś stopniu – mieliśmy już dobrych parę lat temu. Ona też zakończyła się sukcesem, pełnym, bo bezkrwawym. Wiktoria ojców i matek zapewne miała wiele, ale nie zagłębiając się w całą historię, bo nie czas na to i miejsce, ale opierając się na tym co zna przeciętny Polak, co może znać przeciętny obywatel zjednoczonej Europy [nie nazbyt wielki jest mój optymizm w tej kwestii?], trzeba podkreślić nazwisko jednego stoczniowca, tego kluczowego – Wałęsy. Któż go nie zna? W kraju takiej osoby nie ma, być nie może! Wszak na świecie to, prócz Karola Wojtyły najbardziej znana postać z naszego kraju.
Dlatego uderza mnie fakt, że dzisiaj ciężko docenić to, o czym przecież każdy marzył i czego za wszelką cenę pragnął. Zatem z jakiego powodu, gdy Wałęsa zapoczątkował nowe czasy w zdemolowanej przez komunizm Polsce, nie okazuje mu się należytego szacunku? Dlaczego z wielkiej legendy robimy niskich lotów balladę o chłopie ze stoczni? Nie odniosę się do prezydentury Wałęsy, bo jej pamiętać nie mogę, a nie jest o niej tak głośno jak o walce z komuną na Pomorzu. Poza tym nie idzie w tej notce o ocenę całokształtu działalności politycznej Lecha Wałęsy, ale o dokonanie bezprecedensowego i wiekopomnego czynu.
Dlaczego Polacy potrafią każdego zrzucić na ziemię, podeptać i opluć ze dwa razy na dokładkę?... Nie wiem co o tym sądzić. Może wystarczy zdać sobie sprawę z nieuchronności niektórych przypadków albo dalej stanowczo tkwić w niepotrzebnym na pierwszy rzut oka zakłamaniu tudzież życzliwym trybie niedomówienia? Chyba przy niemal każdej nadarzającej się okazji, szala przechyla się ku pierwszemu wariantowi – my po prostu tacy jesteśmy i nie ma co doszukiwać się przebłysków. Czasami łatwiej nam o uznanie na obcym podwórku, niż na własnym… ale żeby w takiej kwestii?!
czwartek, 4 grudnia 2008
Uśmiechnij się do swoich myśli
Zdjęcie zrobione kilkanaście dni temu.
Człowiek wchodzi do zapchanego autobusu i widzi takie... no właśnie - cuś. Pozytywnie nastraja, przynajmniej mnie, który ostatnio przeplata lepsze z gorszym. No i wiem kto za tym stoi ;-)
Człowiek wchodzi do zapchanego autobusu i widzi takie... no właśnie - cuś. Pozytywnie nastraja, przynajmniej mnie, który ostatnio przeplata lepsze z gorszym. No i wiem kto za tym stoi ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)