Niedawno poruszony został temat przyszłości integracji europejskiej i jej maksymalnego stopnia rozwoju na naszym „europejskim” forum. Chciałbym w tym miejscu przedstawić swoje zdanie; dorzucić trzy grosze.
Integracja w Europie na dobrą sprawę ma dosyć długą historię – obrazowo można napisać, że mamy do czynienia z poczciwą staruszką w wieku ok. 60 lat. Od momentu zawiązania współpracy dotyczącej handlu węglem i stalą, Europa zrobiła znaczny postęp na polu zinstytucjonalizowania oraz uściślenia nie tylko tej współpracy, lecz także wzajemnych powiązań w innych kwestiach. Owocem tych starań było powstanie kolejnych organizacji obejmujących ściślejszą kooperacją coraz więcej państw kontynentu. Tworem najdalej idącym jest UE, która w chwili obecnej nie ma swojego wiernego odpowiednika w innym miejscu globu.
Mimo niepodważalnych postępów w procesie integracji, Europa w dalszym ciągu jest „w drodze”. Pytanie, które nasuwa się niejako automatycznie, będąc jednocześnie przedmiotem mojego wpisu, dotyczy określenia maksymalnego stopnia integracji państw członkowskich UE – czy wypracowany do tej pory system będzie jej kresem (z różnych powodów, o których później), czy wręcz przeciwnie i oczekiwania budowy europejskiej federacji, których ziszczeniem będzie powstanie Stanów Zjednoczonych Europy, są w pełni uzasadnione?
Jak pokazują wydarzenia ostatnich lat, a także te najnowsze, związane z kryzysem w strefie euro, Europa jest miejscem ścierania się wielu znacząco odmiennych interesów każdego z państw członkowskich UE. Wystarczy spojrzeć na unijne kredo („zjednoczeni w różnorodności”), by zrozumieć, iż Stary Kontynent nie jest tak homogenicznym środowiskiem jak USA w momencie swojego powstania. Właśnie te, niekiedy kolosalne, różnice narodowych priorytetów, zdają się być skutecznym hamulcem na drodze pogłębiania współpracy. Państwa z aspiracjami mocarstwowymi, czyli Francja i Niemcy (może Wielka Brytania, jeśli zechciałaby uczestniczyć w organizacji o tak zaawansowanej formie integracji), z pewnością forsowałyby politykę zgodną ze swoją linią. Toteż kluczowym wyzwaniem byłoby rozwiązanie kwestii odpowiedzialności za procesy decyzyjne, które odebrane zostałoby z zadowoleniem z jednej strony przez wspomnianych mocarzy Europy, a z drugiej przez państwa z niewielką populacją i co za tym idzie z dużo mniejszą siłą przebicia na szerokim forum. Ukontentowanie każdego to czysta utopia, zaś sprostanie oczekiwaniom przynajmniej większości to zapewne zadanie piekielnie trudne.
Biorąc pod uwagę ewentualne powstanie federacji europejskiej, należałoby zastanowić się czy niosłoby to absolutną konieczność posiadania wspólnych sił zbrojnych oraz zunifikowanej dyplomacji, odpowiedzialnej za kontakty z zagranicą. Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to przykład klęski idei EWO, a także chroniczne trudności w wypracowaniu spójnego stanowiska państw UE wobec spraw międzynarodowych jest dosadnym świadectwem braku potrzebnej woli politycznej i wewnętrznej chęci nie tylko polityków, ale i społeczeństw, które – szczególnie w przypadku młodych demokracji, cieszących się od niedawna pełną suwerennością – w moim odczuciu nie są obecnie skore do bycia Europejczykami w pełnym wymiarze.
Obecna idea „Europy ojczyzn” zdaje się odpowiadać w wystarczającym wymiarze większości polityków państw unijnych, toteż nie sądzę, aby proces naprawdę głębokich przemian w tym zakresie był możliwy w najbliższych latach/dziesięcioleciach. Tym bardziej, iż wiązałoby się to z ograniczeniem wolności aktywnego działania w wymiarze globalnym państw o największym znaczeniu oraz zdolnościach.
